
Opis ProduktuOstatnio mam wyjątkowe szczęście do zapowiadania gier, które na światowych rynkach goszczą od dawna, choć w Polsce się dotąd nie pojawiły. Na szczęście rosyjski Pirate Hunter wydany zostanie nad Wisłą „jedynie” pół roku po premierze światowej. Sukces? Nawet jeśli, to nie jestem pewien czy jest się czym cieszyć. Pirate Hunter to gra co najwyżej przeciętna…
Zacznijmy od tego, że o Pirate Hunter wcześniej nie słyszałem w ogóle, więc tandetny aż do bólu tytuł wprowadził mnie w niemałe zakłopotanie, bo szczerze mówiąc myślałem na początku, że to jakaś gra w stylu Sea Dogs… Jak się jednak okazało, z umrzyka skrzyni i butelki rumu nici, omawiana tu produkcja jest bowiem klasycznym FPS-em.
FarCry Hunter
W niniejszej produkcji nie będziemy również likwidować jegomości zajmujących się „alternatywną dystrybucją” oprogramowania. Głównymi antagonistami w Pirate Hunter będą jednak piraci, ale jak najbardziej współcześni. Sama gra natomiast to czystej krwi shooter, w dodatku wyglądający niemal zupełnie jak pierwszy FarCry! Wrażenie to wywołała już w sumie ilustracja z okładki gry… Ale jeśli się na kimś wzorować, to na najlepszych, czyż nie? Oby tylko Pirate Hunter nie okazał się najzwyczajniejszą w świecie zrzynką. W każdym razie w grze przyjdzie się nam wcielić w emerytowanego żołnierza US Navy Seals, Eddiego Jacksona, któremu nieznani sprawcy porywają żonę. Robią to jednak niejako przy okazji, gdyż porywają w sumie statek pasażerski, a luba bohatera znajduje się akurat nań w chwili porwania. Nasz heros bierze zatem sprawy we własne ręce i przyłącza się do Pielgrzymów, niezależnej organizacji najemników trudniących się wyszukiwaniem współczesnych piratów i kopaniu ich tyłków. By odszukać swą małżonkę, Eddie będzie podejmował kolejne zadania zlecane mu przez Pielgrzymów i wraz z każdą misją zbliży się do prawdy – a ta okaże się inna niż się z początku wydawało, sami porywacze są natomiast kimś więcej niż tylko zwykłymi piratami…
Fabuła jak fabuła, bynajmniej nie porywa, ale przecież nie ona stanowi w FPS-ach gwóźdź programu. Swoistym daniem głównym każdego shootera jest, niespodzianka, strzelanie. I tutaj trzeba się nastawić na mocno budżetową rozpierduchę. Pirate Hunter – widać to już przy pierwszym niedbałym rzucie oka – to gra z niższej półki. Taki FarCry dla ubogich. :-P
Widzieliście może gdzieś tutaj Jacka Carvera?
Raz na wodzie, raz pod wodą
Walki w Pirate Hunter nie odbiegają zbytnio od tego, do czego zdołały nas już przyzwyczaić całe tony shooterów. Jedyna ciekawostka to fakt, że oprócz potyczek na lądzie (rozmaite wyspy i wysepki) czekają nas również starcia na łodziach i statkach, a nawet… Pod wodą!
Na graczy czeka w sumie 25 różnych misji oraz zadania poboczne. W grze umieszczony został losowy generator tychże, więc teoretycznie nie powinniśmy narzekać na nudę. Do naszej dyspozycji Rosjanie przygotowali aż 50 rodzajów (nieźle…) różnorakiej broni: od strzelb, karabinów i pistoletów po granaty, rakietnice i podwodne karabinki szturmowe (pal licho realizm!). Na filmie z gry zaobserwowałem także coś w stylu bullettime’u. Naszemu herosowi towarzyszyć mogą też inni najemnicy, w sumie do 9 chłopa. Trzeba się jednak liczyć z tym, że jedyną pobudką ich działań jest kasa, więc nie zawsze będzie można liczyć na ich stuprocentową lojalność i ufać w pełni można tylko samemu sobie.
Dodatkowo, oprócz samej walki, przyjdzie nam starannie wybierać zlecenia i podejmować tylko te opłacalne. Za każde wykonane zadanie otrzymamy bowiem pieniądze, za które wyposażymy się na kolejną misję. Mamy zatem wielce skomplikowany aspekt ekonomiczny. ;-)
No, Crysis to nie jest...
Hunt the pirate!
Zapolować na piratów przyjdzie nam w marcu tego roku. Gdyby oceniać tę produkcję na podstawie suchych faktów, jawi się nam tytuł interesujący i godny uwagi.
Rzeczywistość nie jest jednak tak różowa… Jak na dłoni widać budżetowość tej gry, nieświeżość oprawy czuć z każdego screena (autorski silnik Pirate Huntera wykorzystuje m.in. HDR, shadery 3.0 oraz zaawansowaną fizykę systemu PhysX – ale szczerze mówiąc nie bardzo to wszystko widać w akcji), a wszystko co w niej jest było też już gdzieś indziej. Więc w sumie może być ok, ale na pewno nie jest to tytuł, na który czekam z wypiekami na twarzy.
Mimo wszystko daję Rosjanom kredyt zaufania i chętnie zobaczę ich dzieło, gdy już trafi na półki polskich sklepów.