Opis ProduktuIle to już razy mieliśmy (nie)przyjemność grania w strzelanki, w których nie liczyło się nic więcej niż "jedno wielkie rozpierdu"? Na pewno niemało. Rynek gier komputerowych jest ciągle zasypywany produkcjami, które ani nie mają ciekawej fabuły, ani nie wnoszą niczego rewolucyjnego. Jedyne na czym bazują, to niszczenie wszystkiego, co się rusza. W takich grach trup ściele się gęsto, a bohater jest twardy i niezniszczalny jak John Rambo. Czy w tych bardzo wymagających czasach taka produkcja ma jakąkolwiek szanse na przebicie? Jest pewien odważny człowiek, który bez wahania podjął się sprawdzenia.
Liczy się człowiek, nie branża
Na pierwszy rzut oka
Bodycount wydaje się jedynie odmóżdżającą strzelanką, w której nie uświadczymy żadnego, nawet nikłego przesłania. Jednak zagłębienie się w jej historię i poznanie większej ilości ujawnionych przez
Codemasters informacji pokazuje, że wcale nie jest tak źle, jak wydawało się na początku. A wszystko za sprawą
Stuarta Blacka i sprawdzonego w samochodówkach silnika
EGO Engine.
To właśnie ten jegomość był jednym z twórców strzelanki
Black, wydanej w 2006 roku na konsole Sony PlayStation 2 i Microsoft Xbox. Gra otrzymała wysokie noty, choć jej wątek fabularny był ostro oklepany.
Black miał jednak olbrzymie możliwości niszczenia wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu wzroku oraz całą masę świetnych broni.
Stuart rozpoczął już prace nad drugą odsłoną, ale odpowiedzialny za "jedynkę"
Criterion został przejęty przez
Electronic Arts i
Black 2 zszedł na drugi plan. Od tamtego czasu sporo się zmieniło.
Stuart Black wraz z grupą kilku lojalnych osób postanowił wybrać inne otoczenie. W międzyczasie do jego zespołu dołączyli ludzie z
Black Rock i
Lionhead, a finansowa pomoc
Codemasters pozwoliła na wznowienie prac nad rozpoczętym wcześniej projektem. Zmianie uległa także nazwa, która z
Black 2 przekształciła się w
Bodycount.
Diabeł tkwi w szczegółach
Fabuła gry skupia się na znanym i oklepanym temacie walki "dobra" ze "złem", tylko tutaj zamiast "jasnej strony mocy" mamy grupę
The Network (Sieć), a ich wrogami są
The Target (Cel). Po wielu wnikliwych poszukiwaniach okazało się, że wielu reprezentantów ugrupowania
The Target znajduje się w
Afryce. Dlatego władze
Sieci postanowiły wysłać tam swojego najlepszego agenta od zadań specjalnych -
Jacksona - który teraz będzie działał pod przykrywką jako
John Doe. I w pewnym stopniu na tym kończy się nasza wiedza odnośnie fabuły. Niestety nie wiadomo, jakie zadanie czeka naszego bohatera, ale pewne jest, że do Afryki polecą z nim trzy ponętne agentki, które będą go wspierać.
Wszystko wygląd lepiej na tle eksplozji...
Zespół programistów ze
Stuartem Blackiem na czele nie ukrywa, że w
Bodycount najważniejsza będzie masowa eliminacja wroga i całkowite niszczenie otoczenia. To właśnie te dwa elementy mają stać się cechą charakterystyczną ich dzieła. To, co może wydawać się "brutalną sieką", ma nieść frajdę i pewnego rodzaju odstresowanie. Twórcy nawet przez chwilę nie ukrywali swoich zamiarów, świadczy o tym tryb
chain multiplier, który zajmie się liczeniem masowo zabijanych wrogów. W nagrodę za zgładzenie odpowiedniej ilości przeciwników zostaniemy nagrodzeni nową bronią, a nawet możliwością skorzystania ze wsparcia powietrznego.
Kryj się
Totalna destrukcja tyczy się także otoczenia, które przy tak gęstym ostrzale raczej nie zostanie nienaruszone. Interesująca zapowiada się możliwość niszczenia każdego, dowolnego obiektu - od małej skrzyni do wielkiego budynku. Oczywiście przyjemność "rozwałki" wiąże się również z doznaniami wzrokowymi. Czego jak czego, ale dokładnego odzwierciedlenia fizyki zabraknąć nie mogło. Strzelając w drewnianą skrzynkę możemy spodziewać się fruwających wokoło drzazg, a na końcu eksplozji jej zawartości.
Na palmę, banany prostować!
W ogniu ostrzału jedynym naszym wytchnieniem staną się zasłony. I tutaj pojawia się pewna nowość - wykorzystanie napotkanego obiektu. W
Bodycount będziemy mogli dowolnie się za nimi przemieszczać, strzelać z każdej strony, a nawet je przesuwać. Wykorzystując samochód jako zasłonę należy pamiętać o możliwości rozbicia w nim szyby i ostrzeliwania wroga bez ryzykownego wychylania się. Oczywiście takie dokładne odtworzenie rzeczywistości niesie za sobą również przykre konsekwencje. Wykorzystując różne obiekty jako zasłonę musimy pamiętać o tym, że są one całkowicie zniszczalne, jak cała reszta otoczenia. W łatwej i szybkiej eliminacji nie pomogą nam także sami przeciwnicy, którzy będą inteligentnie dostosowywać się do zaistniałej sytuacji. Nasza akcja wywoła ich reakcję, która, w przeciwieństwie do innych tego typu gier, nie kończy się strzelaniem we wszystkie możliwe kierunki. Zmienny ma być również charakter ich postawy. Jeśli my będziemy szaleńczo atakować, oni przejdą do defensywy i na odwrót, nasz powolny atak sprawi, że staną się bardziej pewni i agresywni.
Nowy projekt
Stuarta Blacka to nie tylko tryb dla pojedynczego gracza, którego ukończenie zajmie nam minimum 12 godzin, ale także dwunastoosobowy multiplayer oraz kooperacja dla maksymalnie czterech graczy. Wszystko to sprawia, że
Bodycount zapowiada się wyjątkowo ciekawie. Szkoda tylko, że sam autor nie dokończył swojego dzieła. Nie wiadomo do końca, co było przyczyną jego odejścia z
Codemasters. Mam jednak nadzieję, że brak głównego pomysłodawcy nie wpłynie znacząco na efekt końcowy, a silnik
EGO Engine, totalna demolka otoczenia i gęsto ścielący się trup zapewni grze sukces na miarę
Blacka. O tym przekonamy się już we wrześniu.